<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"><channel><title>http://djurban.jogger.pl/</title><link>http://djurban.jogger.pl/</link><description>Wpisy z dziennika internetowego Jogger, wspomaganego przez Jabbera</description><lastBuildDate>Mon, 13 Feb 2012 22:10:02 +0100</lastBuildDate><generator>JoggerPL</generator><item><title>V jak Vendetta</title><link>http://djurban.jogger.pl/2006/09/17/v-jak-vendetta/</link><description>Remember remember the fifth of November
Gunpowder, treason and plot.
I see no reason why gunpowder, treason
Should ever be forgot...


Wspaniały film o społeczeństwie i państwowości. Anarchistycznym komiksie, przez braci Wachowskich poddany innemu rozłożeniu akcentów.  I tak mamy większy nacisk położony na pojęcia takie jak wolność jednostki, sprawiedliwość, a mniejsze na anarchistyczną walkę. Fani komiksu twierdzą, że jest to wypaczenie anarchistycznej natury źródłowego materiału, ale moim zdaniem jest to po prostu wydobyciem z komiksu tego co jest faktycznie wartościowe w przeciwieństwie do dziecinności i bezsensu anarchizmu jako prądu myślowego. 

Mamy więc najpierw Guya Fawkesa, który organizuje nieudany zamach na brytyjski parlament w imię wolności. To prabohater historii, jaką opowiadają bracia Wachowscy. Kilka wieków później, wciąż w Anglii żyje inny człowiek, noszący maskę Fawkesa, kierujący się tymi samymi ideami, człowiek znacznie bardziej współczesny.


Główne skrzypce gra w filmie także bohaterka Evey Hammond, pracownica brytyjskiej telewizji, córka opozycjonistów, osierocona w młodości. Jest słaba, lękliwa, nie wierzy w siebie. Nie przepada za bardzo za faszystowskim rządem Angli, o którym za chwilę. Nie jest mu jednak też zbyt przeciwna, jej sprzeciw wobec reżimu ogranicza się do wyłączenia propagandowego programu w telewizji gdy zaczyna przekraczać próg normalności.

Trzecim ważnym bohaterem jest inspektor. No właśnie, władza w Londynie wygląda tak. Po jakiejś wojnie,  w wynikuktórej USA z supermocarstwa stało się niemal kolonią trędowatych oraz kilku zamachach terrorystycznych, władzę w Anglii przejmuje partia Norsefire. Ta faszystowska, katolicka organizacja dokonuje szybkiej przebudowy państwa pod hasłem zapewnienia bezpieczeństwa obywatelom. Wprowadza godzinę policyjną, podsłuchy, nacjonalizuje telewizje itd. itp. Wśród ważnych członków partii będących przy władzy znajdziemy oprócz okrutnego i bezwzględnego szefa służb specjalnych, wspomnianego inspektora. Jest pragmatykiem, bez ambicji, Norsefire bardziej popiera dlatego, że w niej może coś zrobić i mieć jakiś wpływ na rzeczywistość niż z jakiś większych faszystowskich pobudek. Brak ambicji sprawia, że kanclerz ma do niego zaufanie.

W wyniku deus ex machina, pierwsze dwie główne postacie spotykają się i zawiązuje się pomiędzy nimi więź, która nie jest żadnym romantycznym uczuciem miłosnym, ale dziwną i trudną przyjaźnia. W jej wyniku w okrutny wręcz sposób Evey zostanie uwolniona od strachu, który w sobie nosi, a V. jeszcze raz przywiąże się do konkretnego człowieka i odzyska wiarę w miłość, chociaż nie w tym sensie w jakim widziałby to Adam Mickiewicz.

Film opowiada o walce o wolność, wspaniała jest scena w której po kolei inspektor zgaduje dalszy przebieg wydarzeń i w miare jak mówi, są one prezentowane jakby z przyszłości. Pokazana jest droga do wolności zarówno społeczeństwa jak i jednostek. I nie tylko chodzi tu o wyzwolenie Evey ze strachu i nieporadności, które to czyniły z niej niewolnika systemu i władzy. To także uwolnienie inspektora, który w miarę śledztwa odkrywa różne fakty, które wyprowadzają go z partyjnej propagandy w świat prawdziwych wydarzeń. 

Jest to wreszcie film o władzy, o tym jak działa, jak manipuluje, jak walczy wewnątrz siebie i jak buduje swoją siłę. O tym skąd się bierze potrzeba silnej władzy i o tym jak walczyć z tą potrzebą poprzez pokonanie własnych lęków i przezwyciężenie niemocy.

Film wart obejrzenia, chociaż po kilku razach może wydawać się banalny - warto wtedy przypomnieć sobie wrażenia po pierwszym obejrzeniu i wyzbyć się zarzutów o efekciarstwo i antybushowską propagandę. To nie jest film służący konkretnym politycznym celom, chociaż na początku oglądania można tak pomyśleć, kto obejrzał ten film dłużej niż pierwsze dziesięć minut, doskonale zrozumie, że jest bardziej ponadczasowy.
</description><pubDate>Sun, 17 Sep 2006 00:05:57 +0200</pubDate><guid>http://djurban.jogger.pl/2006/09/17/v-jak-vendetta/</guid><category>Filmy</category><category>Recenzje</category></item><item><title>Tryptyk Studium upadku. (by yoowul)</title><link>http://djurban.jogger.pl/2004/12/27/tryptyk-studium-upadku/</link><description>
Część I : Przedwojnie / Part I : Before the war

Część II: Wojna / Part II : The War

Część III: Teraźniejszość / Part III: The Contemporary


Źródło: Dolny Śląsk na fotografii

Nie można wierzyć, że się to odbuduje, nawet nie warto w to mieszać Boga, bo on nie pomoże. Można tylko wybrać, jak między złem a dobrem, obojętność lub ból. Prawdą jest, że można dążyć do odbudowy, być aktywistą, ale wtedy trzeba być faszystą, bo w warunkach demokratycznych nie usunie się tych śmieci który dziś stoją. Mam dobry humor dziś, więc wybrałem obojętność, co przecież już jest jakąś zdradą.

Dopisek po roku. Przepraszam za to wspominanie o faszyzmie, to oczywiście z bezsilności, a nie chęci szkodzenia komukolwiek.</description><pubDate>Mon, 27 Dec 2004 16:49:55 +0100</pubDate><guid>http://djurban.jogger.pl/2004/12/27/tryptyk-studium-upadku/</guid><category>Płacz za przeszłością</category><category>Rozmyślania</category></item><item><title>Endert das Schicksal</title><link>http://djurban.jogger.pl/2004/05/06/endert-das-schicksal/</link><description>A więc tak wygląda koniec epoki. Koniec epoki w moim życiu i w życiu kawałka świata. Wpis tym bardziej szczególny, że pierwszy od miesiąca.

Rok 1989, miałem 4 lata, pamiętam, że nauczyłem się czytać gdzieś w marcu. Nie miałem wtedy marzeń o Unii Europejskiej, ale miałem tandetne, plastikowe literki radzieckiej roboty. Układałem z nich pierwsze słowa. Literki miały tę wadę, że łamały się jeśli się je za bardzo zgięło. Metaforyczne ukazanie trudności posługiwania się językiem. Później juz była Polska.

W 1990 powstała naprzeciw bloku „Słodka brama”- lodziarnia wyryta w parterze bloku, zamiast ściany i okna był niski parapet i okienko z lodami. Słodka brama nadal istnieje, przeniosła się 3 kroki obok w piękny lokal. Podobnie piekarnia spychały istniejąca na ulicy Pereca od 1945 roku. Nie masz we Wrocławiu lepszych ciast nad Spychałę. Był salon Elektrimu, który dziś już nie produkuje telewizorów.

Była też parafia św. Elżbiety i siostry, zawsze bardzo miłe w ochronce, którą prowadziły. Potem przedszkole i grupa 4, pamiętam śmieszne Wietnamczyka, który non stop mówił „o siet!”. Potem pierwsze dwa lata podstawówki, wielu ludzi juz pewnie nie zobaczę albo już nie pamiętam, przypomnieć sobie umiem tylko niektóre imiona ze starego zdjęcia. Był także mundurek i była tarcza, tradycja dobra, ale już tylko wspomnienie. Dawna szkoła podstawowa nr. 106 stoi nadal, boisko się nie zmieniło, w środku dawno nie byłem, ale na pewno się coś zmieniło, teraz chyba jest integracyjna, znaczy są ułatwienia dla inwalidów.

Pamiętam, że w 1991 roku przeprowadziłem się, z gierkowskiego szarego daru dla narodu, do mieszkania w nowowybudowanym, czteropiętrowym budynku. Pierwsza rzecz, jakże uderzająca, to kolor. On był naprawdę kolorowy, a z okien widać było drzewa, a nie śmierdzącą Grabiszyńską. Wprawdzie z czasem Inżynierska również stała się bardziej ruchliwa, ale wciąż większość dnia jest cicho. Pierwsza noc w nowym mieszkaniu była bolesna, nie spałem zupełnie, nie tylko dlatego, że ojciec wiercił coś w piwnicy, ale jak byłem mały bałem się zmian.

Tutaj na Inżynierskiej wiele się zmieniło: kablówka - okno na świat, Cartoon Network (którego nigdy nie zapomnę), pierwsi koledzy (Damiana poznałem w piaskownicy, teraz mieszka w Niemczech z matką; Adama poznałem na boisku; Kubę u Adama; Piotra też), pierwsi zdenerwowani sąsiedzi, którym przeszkadzało, że gramy na podwórku w nogę do późnych godzin nocnych. Wszystko było takie pierwsze.

Zmiana szkoły ze względu na przeprowadzkę (nr. 16), po 2 latach i miesiącu kolejna zmiana ze względu na głupią klasę (nr. 4 WSE), później zmiana ze względu na odległość (coś tam chrześcijanskiego, szkoła baptystów), potem już niezapomniana szkoła nr. 1 WSE (Wrocławskiego Stowarzyszenia Edukacyjnego). Tam poznałem Piotra Anusiewicza, mojego najlepszego przyjaciela oraz nauczycieli, którzy tak wiele mnie nauczyli prof. Polańskiego, prof. Dziewońską... Byłem niezwykle denerwujący w podstawówce i właściwie opisywanie tego jaki byłem w młodości mija się z celem, bo zmieniłem się niemiłosiernie. 

Przypominam sobie, że w roku 1992 komiksy były po 2 zł, rodzice mieli pracę i nowa Polska rysowała się całkiem wesoło, później zamknięcie sklepu w centrum miasta i przeniesienie na Kościuszki, potem powódź ale i to się przeżyło i praca też była. Potwierdza to prawdę, że sukces i porażka są stanami przejściowymi i naprzemiennymi. Dlatego po każdym sukcesie nastaje porażka ale i odwrotnie o czym szczególnie w chwilach porażki się zapomina. 

W tamtym okresie były pieniądze, więc żyło się dobrze. Zwiedziłem wówczas szczęśliwie kawał Europy. Od tamtych lat do teraz byłem dwukrotnie w Budapeszcie (ulubione miasto mojego ojca), siedmiokrotnie w Pradze, dwudziestokrotni w różnych częściach Niemiec, raz w Austrii, parę razy na Bałkanach (jeszcze przed wojną), na Białorusi (jeszcze przed dyktaturą Łukaszenki), na Litwie (gdzie do teraz pamiętam starszą bibliotekarkę, do której nieudolnie próbowałem wówczas zagadać po angielsku, a która zmęczona odpowiedziała z klasycznym 'l' zamiast 'ł': „Slucham cię syneczku”), raz w Rumunii (gdzie dzieci ukradły kluczyki do autobusu i wymieniły je na 3 puszki Coli), raz w Bułgarii (gdzie było pyszne jedzenie), raz w Grecji (gdzie przezywali mnie Warzycha, bo byłem dobry w piłkę nożną i gdzie życie zaczynało się nocą, a nigdy jeszcze nie widziałem tak pustego miasta za dnia), raz w Turcji (gdzie spotkałem bardzo miłych ludzi, w poczuciu humoru bliskich Polakom i gdzie imam zasuwał mi swoje modlitwy codziennie od 6 rano do okna, bo mieszkałem naprzeciw meczetu), raz w Hiszpanii (z której pamiętam ciepłą pogodę i przepiękne morze oraz Darię do której chyba mam jeszcze adres oraz wino w akrtonach do obiadu).
Pamiętam kolejne samochody, pomarańczowe Iveco, potem czerwony duży Volkswagen, potem Nissan Laurel i 126p, potem Cinquecento. Zjeździłem kawał Polski Szczawno,Lądek,Polanica (Pensjonat Kapitan z miłym małżeństwem i dwójka młodych z którym igrałem w szachy, potem przekwalifikował się na wyższy standard, żeby przyciągnąć Niemców i już tam nie jeździłem),Szklarska Poręba, Zakopane, Krabów, Gniezno, Poznań, Trójmiasto, Warszawa i setki innych. Plus kolonie ze znajomymi, pierwszy nieudany wyjazd harcerski z którego wróciłem przeziębiony i z płacze z tęsknoty za rodzicami (to był mój pierwszy wyjazd an dłużej bez nich), potem już kolonie z Adamem w Spindlerovym Młynie i z Anusiewiczem w Kutnej Horze, gdzie zresztą piłem najlepszy browar jaki w życiu spotkałem. Heh, nawet znalazłem zdjęcia z pierwszej komunii, nie pamiętam nazwiska księdza nawet, wie że w parafii Św. Elżbiety, ciekawe co z tym księdzem się dzieje, taki miły człowiek był.
Gdy tak patrzę w przeszłość uderza mnie liczba ludzi których spotkałem. Z pierwszych dwóch lat podstawówki pamiętam Grześka Młyńskiego (bo zanim spotkałem się w liceum) oraz Andrzeja i Tomka ale nazwisk już nie pamiętam, a przecież miałem w klasie 23 osoby (także nie pamiętałem, ale mam zdjęcia). Później klasa z drugiej podstawówki, której skład się zmieniał miałem najpierw w 3. klasie inną wychowaczynią niż w 4. itp. Widzę właśnie fotkę z grupy z przedszkola (heh, tańczyłem kujawiaka z Karoliną, najładniejszą dziewczyną w całym przedszkolu), w mojej grupie w przedszkolu były 22 osoby z żadną nie mam kontaktu. 
Wracając do podstawówki, w szkole nr. 16 klasa miała 26 osób, z tej klasy pamiętam nazwiska wielu ludzi bo mieszkają niedaleko, mam może styczność bo kontakt to za dużo powiedziane z 9 osobami z tej klasy. Później szkoły prywatne i klasy: w szkole 4WSE (19 osób) z których pamiętam Roberta, Magdę, Paulę, Martę, Mateusza ale zdjęć nie mam, mam kontakt z Martą tylko dzięki temu, że spotkaliśmy się jeszcze dwa razy (w 8 klasie i raz w Pradze). Z 4 WSE pamiętam prof. Mariolę, plastyczkę która nauczyła mnie kreatywności, prof. Małgorzatę Król, polonistkę która nauczyła mnie ortografii z zera na prawie perfekt, anglistkę, której nazwiska nie pomnę, a która zainteresowała mnie angielskim i dwie matematyczki, których istnienie pamiętam i zarys wyglądu zewnętrznego.
W szkole baptystów czy jakiejś nie pamiętam, poszedłem tam, bo nie miałem gdzie iść, a chodziło o szkołę blisko domu. Pamiętam wychowawczynię - polonistkę z którą pracowało mi się dobrze, matematyczkę (z nią gorzej), katechetkę, która wmawiała mi jakieś heretyckie brednie i wuefistkę prof. Gogol bo był to babochłop jakich mało. Z klasy pamiętam Krzyśka z którego się wszyscy śmiali, pewnie dlatego, że był inteligentny. Julię w której się podkochiwałem, Agatę z którą mam kontakt bo jest moją sąsiadką (a z Julią mam kontakt przez Agatę i przez Maćka Roszkę z liceum), Kacpra, Filipów (w tym Żołędziowskiego z Oborników, który pożyczał mi Tekkena 2 :P). Pamiętam także anglistkę i dyrektora, do którego trafiłem za użycie słowa fuck. Dyrektor był amerykaninem i pamiętam, że to była moja jedyna rozmowa na dywaniku po angielsku. 
Potem 7 i 8 klasa (w Ekoli) którą pamiętam już dobrze, prof. Polański (pamiętny wychowawca, autor zasady TJZZ - trzymaj język za zębami; oraz innych cennych w życiu zasad, których nigdy nie zacząłem przestrzegać), prof. Dziewońska (polonistka, która naukę języka pojmowała jako dyskusję na tematy związane z kulturą, po 8 klasie zaprosiła nas do siebie na grilla), prof. Patrzyk (kolejna pamiętna anglistka, której dużo zawdzięczam), prof. Anita i prof. Czaicka (magiczne germanistki, które w cudowny sposób nauczyły mnie tego jakże nieznośnie brzmiącego języka), wuefiści Mulder i Scully i inni. A w klasie Krzysiu Siewiera (poszedł do siódemki), Tomek Radomski (poszedł do 15-stki), Szymon Cieślik (siedzi chłopak w PSL-u) i Piotr Anusiewicz (zostali w Ekoli), Inga (której nie pamiętam i nie chcę spotkać), Ola i Agnieszka (które pamiętam ale słabo), Magda Markowska, Paula i Marta Chodor (przyszły z 4 WSE do Ekoli, dzięki uprzejmości Piotra odzyskałem kontakt z Magdą), Wojtek (który kiepsko się uczył i który mi pożyczył Segę Gamegear do naprawienia [i naprawiłem, ale nie zdążyłem oddać] oraz Morta Pratchetta) i inni. Potem też liceum i 30 osób ale ich pamiętam. Jeśli doliczyć do tego ludzi spotkanych na  wyjazdach za granicę i w Polsce to będzie z 200 osób, z 40 może mam kontakt, ciekawe co się dzieje z resztą - Kim są? Jak żyją? Czy ich spotkam? 
Człowiek uczy się w ten sposób, żeby brać adresy :) Chociaż przez 11 lat dużo się może zmienić. Np. przed chwilą wpadłem na zdjęcie moje z 1994 roku, był tam Damian Kostrzejowski, który potem wyjechał do Niemiec z matką i którego widziałem jeszcze w 1997 bo byliśmy razem na obozie, a teraz mam go na ICQ ale jakoś nie rozmawiamy. Adam i Piotr Szyszka byli tacy mali, a teraz pierwszy jest studentem i ma dziewczynę widuję ich na codzień, a drugi jest w moim wieku idzie na AWF. Pamiętam kuzynów Przemka i Asię, którzy z przyszywaną siostrą Alicją wyjechali do USA, gdzie teraz studiują Asia design Przemek matematykę. Pamiętam Oliwię Obałkę z Dortmundu i rodzinę, nie widziałem ich od 13 lat, kontakt niby mógłbym nawiązać gdybym się postarał, ale może i mi się nie chce. 
Do roku 1997 nie interesowała mnie polityka, pamiętam tylko wybory prezydenckie (te drugie) i że wolałem Wałęsę od Kwaśniewskiego, bo wszystko lepsze od postkomunisty. Pamiętam też premiera Pawlaka, Suchocką, Oleksego, Cimoszewicza. Chociaż nie wymienię dokonań. Wreszcie polityka wciągnęła mnie od czasów Buzka, zresztą popierałem Unię Wolności, potem Platformę Obywatelską. Takim jestem nieoryginalnym przypadkiem, że mam poglądy centro-prawicowe. W polityce ostatnich lat przypominam sobie jak Balcerowicz chciał obniżyć podatki, będąc ministrem finansów u Buzka, ale najpierw SLD zgłosiło setki poprawek, potem przeszedł jako wniosek mniejszości, ale prezydent nie podpisał ustaw około-budżetowych. Po latach mówi Hausner, że potrzeba reformy finansów, a wcześniej Bauc obudził się z palcem w nocniku bo jest dziura budżetowa. No cóż, jak mówiłem wcześniej, wszystko lepsze do Prezydenta postkomunisty. Parę dni temu upadł rząd Millera, za późno zresztą, ale lepszy rydz niż nic.
W tych dniach wielu zmian u mnie i na świecie siedzę sobie w pokoju małym, ale nie narzekam, kiedyś był mniejszy, z piękną firanką a za nią spokojne podwórko i piękne budynki w tle i myślę, że jestem szczęśliwy. Jaskinia, jak przezwałem to miejsce może i kiedyś wydawała się klatką niczym z biografii Raskolnikowa, ale dziś w świetle promieni słonecznych nie wygląda najgorzej.
Przez te 15 lat zmieniło się wiele i nic. Władze dzierżą ci sami tylko, że zmienili stanowiska (np. Kwaśniewski z min. sportu na urząd prezydencki), ale tym razem wybrał ich naród, a to zmiana na lepsze. Jest wolny rynek a kiedyś nie było, mogę napisać tu co chcę, a w 1981 za to trafiało się do więzień. Niby nic a wiele. Naród się też zmienił, przynajmniej nowe, wolne pokolenie, które dorastało na wolności, już nie Homo Sovieticus. Pokolenie zdążyło skończyć podstawówki i licea, wymieniło lata na myśli i dziś kieruje się na studia. Takie przejściowe pokolenie.
I pokolenie to wstępuje do Unii, na warunkach niekoniecznie genialnych, ale my też do Unii nie wnosimy takiej potęgi gospodarczo-militarnej, aby domagać się traktowania jak Paniska. Jest już 5. maja, jak dotąd okazało się, żę niepodległości nie straciliśmy (co nie Jarku?), Niemcy nie zapukali do moich drzwi z żądaniem zwrotu trawnika i piaskownicy, Holendrzy nie wywożą na zachód polskiego czarnoziemu, a polski kościół coś nie upadł (co nie Inkwizytorze Rydzyk?). Eurosceptycy chyba mieli kiepskich jasnowidzów.
Nie czuję dziś klimatu pierwszyzny z 1991 roku. Owszem były hymny Polski i Unii, ale raczej cieszę się z wolnych paru dni. Właściwie po rozszerzeniu zmienia się tylko to, że dochodzą nowe szanse, prawda stara i niepopularna pozostaje: na sukces składa się 2% talentu, 8% szans i 90% pracy. Cieszy się za to mój ojciec, dziś 75-latek. Od czasu, gdy jako mały chłopak w czasach II RP w Kiełbasach w Sieradzkiem kupował w sklepiku u Żyda jedzenie minęły wojna i 2 zmiany ustroju. W pewnym sensie rozumiem jego radość, bo kto by się nie cieszył z tego, że Polska w końcu ma zapewnione bezpieczeństwo i stabilność w strukturach paktu, który jej obywatele sami wybrali. Dla człowieka, który w wieku 9 lat widział, jak gestapo zabija jego ojca, to musi być naprawdę szczęśliwy dzień.
A więc tak wygląda koniec epoki w dziejach moich i Narodu, epoki w której zarówno ja jak i Naród zmarnowaliśmy wiele okazji i popełniliśmy wiele błędów, ale jeśli spojrzeć na te piętnaście lat to trzeba powiedzieć uczciwie, że ogólna tendencja zmierza w dobrym kierunku. Z błędów wyciąga się wnioski a zmarnowany czas uczy pokory wobec przyszłości, świadomość straconych kontaktów z ludźmi niegdyś bliskimi uczy większej zaradności w relacjach między ludzkich. Jak już pisałem, czuję się szczęśliwy.

</description><pubDate>Thu, 06 May 2004 00:33:36 +0200</pubDate><guid>http://djurban.jogger.pl/2004/05/06/endert-das-schicksal/</guid><category>Rozmyślania</category></item></channel></rss>
