<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"><channel><title>mmemuar ;)</title><link>http://mmazur.7thguard.net/</link><description>Wpisy z dziennika internetowego Jogger, wspomaganego przez Jabbera</description><lastBuildDate>Sun, 12 Feb 2012 14:08:20 +0100</lastBuildDate><generator>JoggerPL</generator><item><title>Hej, nie wiem, czy mnie kojarzysz, ale…</title><link>http://mmazur.7thguard.net/2012/02/05/hej-nie-wiem-czy-mnie-kojarzysz-ale/</link><description>&lt;p&gt;Ostatnio czytałem artykuł w bodajże Guardianie listujący kilka najpopularniejszych rzeczy wymienianych przez starych ludzi jako te, którym powinni byli poświęcać więcej czasu, bo teraz żałują, że tego nie robili. Punkt, który mi utkwił w pamięci (pewnie z racji tego, że sam tego nie robię) dotyczył utrzymywania znajomości – na starość niekoniecznie jest jak je odnowić, a poza tym to nie to samo, co bycie we w miarę regularnym kontakcie przez całe życie.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Tylko mam wrażenie, że to chodzi o ludzi z którymi utrzymywało się za młodu bliski kontakt, takich, których się dobrze znało (i vice versa). Ale co zrobić w sytuacji, gdy tacy ludzie po prostu nie występowali?&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Bardziej precyzując – charakterystyczną cechą przypadku nerdowatego jest brak sensownego kontaktu z rówieśnikami. Twoi znajomi szkolni czy podwórkowi są od ciebie wystarczająco różni, że z większością z nich nie masz praktycznie żadnego kontaktu, a z nielicznymi ograniczony. W minionych tysiącleciach miałeś po prostu przerąbane, acz najnowsze pokolenia miały już alternatywę w postaci szukania sobie podobnych ludzi via Internet. I często z niej korzystały.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Tyle że, co wiedzą wszyscy, kontakt via klawiatura, choćby nie wiem jak intymnych spraw dotyczył, to nie jest to samo, co rozmowy na żywo. Więc o ile lepszy taki kontakt, niż brak jakiegokolwiek (bo akurat nikt z twojego fizycznego otoczenia nie jest z tobą kompatybilny), to jednak nie jest to ten sam poziom, jaki osiągnęła grupa bliskich znajomych z liceum, którzy gdzieś tam razem wyjechali, pierwszy raz się spili i sumarycznie przebywali ze sobą setki godzin.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;A ty? Nawet jeśli chciałbyś odnowić te swoje „znajomości”, to jak by to miało wyglądać? Siadasz przed komputerem, zamyślasz się, ustalasz jakiś przedział czasowy, który umownie możesz nazwać swoimi „formatywnymi latami”, po czym zaczynasz przeszukiwać swój blog, foldery emailowe, logi z IRC-a oraz różne miejsca w sieci (cudze blogi, fora, etc.), które uczęszczałeś, pod kątem występowania dyskusji na jakieś bardziej prywatne tematy? Następnie kompilujesz z tego listę nicków z którymi najczęściej zdarzało ci się rozmawiać osobiście, wrzucasz je w googla, namierzasz aktualne emaile (facebooki?), wrzucasz wszystkie w BCC, po czym klepiesz &lt;i&gt;Hej, nie wiem, czy mnie kojarzysz, ale…&lt;/i&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Kompletna abstrakcja. Większości z tych ludzi nie rozpoznałbyś teraz na ulicy. Ba, pewnie nigdy byś ich nie rozpoznał, bo nigdy nie dowiedziałeś się jak wyglądali. Jakakolwiek więź emocjonalna istniała między wami, była krótka, „specjalizowana” (dotyczyła tematu, przy okazji którego omawiania wymieniliście się jakimiś bardziej osobistymi obserwacjami) i bardzo bardzo odległa od tego, co większość ludzi rozumie jako dobrych (bliskich) znajomych z młodości.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Cóż, technologia w wystarczający sposób zmieniła wzory zachowań społecznych, że tradycyjne „uniwersalne mądrości życiowe” po prostu przestały być w przypadku niektórych ludzi aplikowalne. Może jesteś jednym z nich?&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Sun, 05 Feb 2012 23:34:35 +0100</pubDate><guid>http://mmazur.7thguard.net/2012/02/05/hej-nie-wiem-czy-mnie-kojarzysz-ale/</guid><category>Życie</category></item><item><title>Ruchy wahadłowe z perspektywy czasu</title><link>http://mmazur.7thguard.net/2011/12/03/ruchy-wahadlowe-z-perspektywy-czasu/</link><description>&lt;p&gt;Zacząłem ostatnio doceniać perspektywę czasową ludzkiego życia. W konsekwencji przestały mnie męczyć sytuacje, gdy &lt;a href=&quot;http://mmazur.7thguard.net/2011/07/30/czego-zazdroszcze-nealowi/&quot;&gt;zdobywam jakąś wiedzę, umiejętności, bądź doświadczenie, ale ich w żaden sposób nie wykorzystuję&lt;/a&gt; -- nie muszę, przecież mam jeszcze dużo czasu. Fakt, mogę z nich nie skorzystać już nigdy, ale mogą też mi się przydać za dwa lata, pięć, może dziesięć -- statystycznie powinienem jeszcze przeżyć z pół wieku, jak nie więcej i kto wie, czym się w tym czasie będę zajmował i jakie zbiegi okoliczności zadziałają na moją korzyść.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Na chwilę obecną mam odłożone kilkaset godzin materiałów do przerobienia, a nie jest to lista kompletna, tzn. paru książek, będących tylko wstępami do nowych zagadnień, jeszcze nie kupiłem, bo po co mają przez parę lat leżeć na półce. Jednocześnie ostatnie dwa miesiące spędziłem wyłącznie na pracy, sprawach życiowych oraz oglądaniu wszystkiego, co nakręcił Joss Whedon i, zaskakująco dla samego siebie, nie mam jakoś specjalnie poczucia straconego czasu. Wręcz przeciwnie, zważywszy, że równolegle przerobiłem trochę materiałów na temat opowiadania historii (tworzenia fabuł), więc obserwowanie jak Whedon radził sobie z rozplanowywaniem kolejnych sezonów i co mu wychodziło lepiej, a co gorzej, było bardzo interesujące (ponad wartość rozrywkową ze śledzenia przygód bohaterów).&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Przerobiłem już tyle iteracji &lt;a href=&quot;http://mmazur.7thguard.net/2010/09/16/ruchy-wahadlowe/&quot;&gt;tego samego schematu&lt;/a&gt;, że wiem kiedy jestem w którym momencie. Zawsze najłatwiej zauważalny jest haj związany z łapczywym pożeraniem jakiegoś nowego kawałka wiedzy. Raz trwa dłużej, innym razem krócej, często ma nieprzyjemne skutki uboczne np. w postaci rozregulowania trybu dobowego&lt;sup&gt;1&lt;/sup&gt;, ale prawie zawsze kończy się nieprzyjemnym zjazdem. Podejrzewam, że jest to kwestia czysto chemiczna, tzn. utrzymywanie mózgu przez dłuższy okres w stanie ekscytacji naturalnie prowadzi do emocjonalnego doła. Jakie ja sobie do tego później intelektualne wytłumaczenia dorabiam jest kwestią drugorzędną -- to nie z tych powodów, co sobie je wymyśliłem, mam doła, tylko mam doła, więc mi do głowy przychodzą te powody. Także nieodzowna niepewność i &lt;i&gt;second guessing&lt;/i&gt; przy podejmowaniu dużych rodzinnych decyzji finansowych to (upraszczając) po prostu skutek spędzenia wielu dni/tygodni na intensywnym riserczowaniu tego, co się ma zamiar nabyć. Analogicznie poczucie bezcelowości zdobywania wiedzy np. na temat szerszych procesów społeczno-gospodarczych, no bo przecież i tak z tą wiedzą nigdy niczego nie zrobię, bo nie mam na nic wpływu. Albo może mógłbym mieć wpływ, tylko musiałbym na temat poświęcić jeszcze z kilka tygodni intensywnej pracy, ale mi się baterie skończyły i przestało mi to sprawiać przyjemność, więc jeśli się nie &lt;i&gt;zmuszę&lt;/i&gt; (a się nie zmuszę; znam się na tyle już od wielu lat), to tylko niepotrzebnie &lt;i&gt;straciłem czas&lt;/i&gt; zaczynając kolejny niedokończony temat.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;small&gt;&lt;sup&gt;1&lt;/sup&gt; No bo przecież najlepiej zacząć czytać obszerny zestaw artykułów gdzieś tak o wpół do pierwszej w nocy.&lt;/small&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Są w takim rozumowaniu dwa zasadnicze błędy. Po pierwsze, &lt;i&gt;mam czas&lt;/i&gt;. Nawet jeśli za pierwszym podejściem nie przyswoiłem całej potrzebnej mi wiedzy, albo nie ukończyłem nowego projektu, to mogę to naprawić w kilku kolejnych iteracjach na przestrzeni najbliższych kilku miesięcy albo wręcz lat, w końcu czymś przez resztę życia się będę musiał zajmować. Kojarzycie może, że często jacyś filmowcy, albo pisarze opowiadając o swoim dziele mówią, że im pomysł chodził przez 5 albo nawet 10 lat, zanim w końcu zabrali się za jego realizację? Jeszcze niedawno nie rozumiałem, że można świadomie myśleć o własnych działaniach w tak odległej perspektywie.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Drugi błąd wynika częściowo z pierwszego, a związany jest z poczuciem &quot;tracenia czasu&quot; na nieukończone zadania. Tak, sama faza zdobywania wiedzy, czy pierwsze próby zrobienia czegoś nowego, są przyjemne, ale jeśli z wielką regularnością towarzyszą temu myśli negatywne (nie skończyłeś, nie zrobisz, nie możesz, nie uda się, nacopoco), to odbierało mi to jednak sporo radochy z całości doświadczenia. Ale już nie. Mając na te procesy odpowiednią perspektywę wiem, że do &quot;fazy zjazdowej&quot; nie należy przykładać większej wagi, a już na pewno nie należy sobie pozwalać na zbyt intensywne rozmyślania w jej trakcie -- w końcu nie uda mi się następnym razem wymyślić czegoś, czego nie wymyśliłem niezliczoną ilość razy wcześniej -- tylko należy ją w miarę skutecznie przeczekać, pacyfikując się jakąś rozrywką.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Poza tym rzeczywistość ma tendencję do regularnego przypominania o sobie motywując do wracania do starych spraw. Na przykład w środę odbyła się w Ministerstwie Gospodarki mini konferencja na temat obecnego stanu ich systemu do tworzenia legislacji. Poprzednie przejawy aktywności w tej sprawie były pół roku temu. Mam trochę notatek, jeszcze co nieco pamiętam, więc fajnie by było jakieś podsumowanie naklepać. Tylko najpierw muszę znaleźć i rzucić okiem na dopiero co opublikowany SIWZ. Mam nadzieję, że nie popsuje mi on pozytywnego obrazu, jaki mam po konferencji.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;No a w czwartek pierwsze po przerwie wyborczej spotkanie z ministrem Bonim. Znowu w KPRM-ie, bo z tego co mówił asystent ministra, MAiC jeszcze się nie dorobiło przydziału budynku. :) Podejrzewam, że skończy się dla mnie takim samym wnioskiem, co parę miesięcy temu, czyli że omawiane tam kwestie w wystarczającym stopniu odbiegają od moich bieżących zainteresowań i obszarów kompetencji, że stratą czasu jest regularne uczęszczanie na te spotkania (no chyba, że z powodów kulinarnych; KPRM ma fajną jadłodajnię w rozsądnych cenach :).&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Ale to nie problem. Mam czas. Na bieżąco do obserwowania będzie rozwój systemu legislacyjnego MG, a w innych obszarach pewnie prędzej czy później też coś wyskoczy, gdzie będę mógł zrobić coś przydatnego. Jest dobrze.&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Sat, 03 Dec 2011 20:37:10 +0100</pubDate><guid>http://mmazur.7thguard.net/2011/12/03/ruchy-wahadlowe-z-perspektywy-czasu/</guid><category>Produktywność</category><category>Zmienianie świata</category><category>Życie</category></item><item><title>Coworking failed z przyczyn technicznych</title><link>http://mmazur.7thguard.net/2011/09/22/coworking-failed-z-przyczyn-technicznych/</link><description>&lt;p&gt;Spacja coworkingowa &lt;a href=&quot;http://reaktor.net/&quot;&gt;reaktor.net&lt;/a&gt; jest &lt;i&gt;bardzo&lt;/i&gt; przyjemnym miejscem do pracy. Przestronny dom z cichym ogrodem, niedaleko metra, możliwość pracy przy stole, na kanapie, na zewnątrz, czy jak się chce (no, starapowcy mają trochę gorzej, bo oni z tego co widziałem mają w swoich pokojach głównie desktopy, więc odpada im zaleta mobilności). Było mi całkiem wygodniej nawet w porównaniu do własnego mieszkania, w którym mam duże biurko z dużym monitorem i wygodnym fotelem (kanapę też mam, nawet dwie!, acz nie korzystam, bo nigdy mi się nie chce odpalać laptopa).&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Ale internet jest prąciowy. Wczoraj pingi były wystarczające, acz co jakiś czas na kilka sekund skakało do paruset ms, przy czym bez dropów, więc dało się żyć. Dzisiaj ping avg był na poziomie 500ms z maxem powyżej trzech (acz nadal bez dropów! :). Pierwsze co mi przyszło do głowy, to że to kwestia niedokonfigurowania sprzętu -- skoro ci wszyscy ludzie są tutaj w stanie od paru miesięcy pracować, to znaczy, że takie pingi im aż tak bardzo nie przeszkadzają, z czego wnioskowałem, że ktoś mógł się nie przyłożyć do konfiguracji priorytetyzacji ruchu.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Niestety, myślenie życzeniowe. Po prostu lokalizacja jest taka (stare osiedle domków jednorodzinnych), że jedyny dostępny net to jakaś padakowa neostrada uzależniona od aktualnej fazy księżyca. Więc jednego dnia będzie w miarę git, drugiego trochę gorzej, a trzeciego praktycznie nie da się pracować.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Znaczy -- nie da się pracować, jak się pracuje tak jak ja, czyli prawie wyłącznie zdalnie po ssh. Podejrzewam, że obecni tam webdwazerowcy zdecydowanie więcej rzeczy robią na localhoście albo w znacznie bardziej odpornych na lagi przeglądarkach internetowych.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Od osoby odpowiedzialnej dostałem info, że próbują coś z tym fantem zrobić i mogą mi dać znać na maila, jeśli uda się problem rozwiązać, acz podejrzewam, że zanim to nastąpi, to skończą im się wolne miejsca (na rzecz ludzi mniej wyczulonych na wysokie pingi).&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;No cóż, znaczy powrót do życia pustelnika, it was nice while it lasted. Ale przynajmniej teraz będę mógł mówić, że udało mi się w swojej karierze zawodowej aż pół dnia przepracować w biurze z innymi ludźmi. :)&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Thu, 22 Sep 2011 14:28:11 +0200</pubDate><guid>http://mmazur.7thguard.net/2011/09/22/coworking-failed-z-przyczyn-technicznych/</guid><category>D.C.</category><category>Praca</category><category>Różne IT</category><category>Techblog</category></item><item><title>Odnośnie poprawki senatora Rockiego</title><link>http://mmazur.7thguard.net/2011/09/21/odnosnie-poprawki-senatora-rockiego/</link><description>&lt;p&gt;Końcówka uchwalania nowej ustawy o dostępie do informacji publicznej wygląda mocno niefortunnie. Po miesiącach prac do sejmu poszedł projekt ustawy &lt;a href=&quot;http://panoptykon.org/wiadomosc/zasady-ponownego-wykorzystywania-informacji-z-sektora-publicznego-nareszcie-uchwalone-gorz&quot;&gt;w znacznej mierze odpowiadający zamysłom NGO-sów zainteresowanych tematem&lt;/a&gt;. Najważniejszy sukces -- urzędy nie mogą żądać opłat za ponowne wykorzystanie danych. Założę się, że spora część aparatu państwowego nie była tym faktem specjalnie uradowana i starała się stawiać opór przed taką formą ustawy. Ale premier powiedział, że będzie ustawa &quot;poprawna ideowo&quot; (nie powinno się płacić za rzeczy stworzone za podatki), no to miała być!&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Po czym przyszła poprawka Rockiego i zamiast poklepania po głowie rząd wraz z PO dostały solidny medialny wpierdol za swoje wysiłki. Uważam to za potencjalnie bardzo mocno kontrproduktywne i to z paru powodów.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Po pierwsze, jakkolwiek kilkanaście roboczych spotkań z wysokimi urzędnikami państwowymi nastawiło mnie pozytywnie odnośnie ich podejścia do swojej pracy i umiejętności jej wykonywania, o tyle nigdy mi nie wyleciało z głowy, że oni wszyscy są koniec końców uzależnieni od sytuacji politycznej. A medialny wpierdol to jest polityczny bodziec negatywny pierwszego gatunku. Podejrzewam że jeśli wśród doradców premiera był ktoś, kto sugerował, żeby się w te całe wielkie szumne konsultacje internetowe nie pchać, bo mogą wyjść bokiem, to teraz przy każdym spotkaniu gabinetu premiera powtarza cały czas &quot;a nie mówiłem!&quot;. Zwłaszcza że rzecz się dzieje zaraz przed wyborami.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;A ilekroć przypomnę sobie te oklaski w sejmie, to mnie śmiech ogarnia. Jak ten fakt jest przedstawiany -- PO uchwaliło prąciową ustawę dzięki manewrom prawnym, po czym jako wisienka na torcie pokazało gest kozakiewicza społeczeństwu. A jak to mogło wyglądać przy założeniu, że połowa sejmu nie składa się ze skończonych PR-owych debili? Zapewne jakoś tak -- w końcu, 6 lat po terminie, udało się naszemu rządowi przygotować, a nam uchwalić porządnie napisaną ustawę, kluczową dla działania nowoczesnego państwa i to jeszcze taką o której dosyć kategorycznie wypowiadał się premier, a przeciw której głosowała prawie cała opozycja. Yeah, jesteśmy zajebiści, czas na aplauz!&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Druga sprawa -- kruszenie kopii o wrzutkę Rockiego jest według mnie &lt;i&gt;bardzo&lt;/i&gt; nieproporcjonalne. Ja rozumiem cynizm w stosunku do urzędników państwowych i sposobu stosowania przez nich prawa. Tak, im więcej tego typu wyłączeń będzie w ustawie, tym większe pole manewru będą mieli urzędnicy, którym będzie na rękę się wykręcać. Naiwnością byłoby wierzyć, że ten zapis nie będzie stosowany w ten sposób. Przy czym:&lt;/p&gt;
&lt;ul&gt;
&lt;li&gt;Jedną z rzeczy, której się nauczyłem podczas prac nad procedurą notice &amp;amp; takedown jest nie wymyślanie koła od nowa tylko dlatego, że dotychczasowe koło nam nie do końca odpowiada. Konkretniej -- tak, faktem jest, że sądom w Polsce jeszcze daleko do ideału w kwestii jakości wydawanych orzeczeń oraz prędkości działania. Ale to nie znaczy, że rozsądnym jest ignorowanie ich istnienia. W przypadku procedury n&amp;amp;t było to wymyślanie jakichś quasisądowych procedur tylko po to, żeby ominąć powolny sąd, a w przypadku poprawki Rockiego zakładanie, że najlepiej nie dawać urzędnikom &lt;i&gt;w ogóle&lt;/i&gt; jakiegokolwiek pola manewru w kwestiach &lt;i&gt;ochrony ważnego interesu gospodarczego państwa&lt;/i&gt; [cytat z poprawki], bo na pewno część będzie tego nadużywać i jedyną opcją będzie ciąganie ich po sądach (co jest wolne i nie zawsze daje pożądane rezultaty).&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Zwłaszcza że &lt;i&gt;to jest sensowny przepis&lt;/i&gt; &lt;b&gt;z punktu widzenia aparatu państwowego&lt;/b&gt; i jest dla mnie oczywiste, że jakikolwiek kompetentny urzędnik z chociaż minimum instynktu samozachowawczego będzie oczekiwał, że tego typu przepis będzie istniał w uchwalonej ustawie. Obowiązkowa anegdota -- zaraz po wizycie prezydenta Obamy, na spotkaniu z ministrem Bonim na temat już nie pamiętam czego, rozmowa zeszła na jakieś bardzo szczegółowe kwestie omawiane z którymś z obecnym dyrektorów jakiegoś departamentu nie wiem jakiego ministerstwa. Po chwili czegoś takiego lekko zirytowany minister stwierdził, że on dwa dni wcześniej sobie łamał głowę nad kalkulacjami opłacalności bodajże wydobycia gazu łupkowego na parę dekad do przodu, a teraz siedzi tutaj i słucha czegoś bardzo bardzo szczegółowego i że to nie jest specjalnie optymalny sposób na wykorzystanie jego czasu. I ja jak najbardziej zgadzam się z tą perspektywą -- tzn. są rzeczy z punktu widzenia państwa bardzo duże (negocjacje międzynarodowe, duże procesy) oraz takie jednak trochę mniejsze i zapewnienie tym pierwszym lepszej ochrony prawnej kosztem tego, że będzie trzeba regularnie ciągać po sądach co bardziej wymigujących się urzędników, brzmi dla mnie jak całkowicie sensowny kompromis z punktu widzenia administracji państwowej.&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;
&lt;p&gt;(Tak, były sugestie, że można do takich rzeczy używać istniejącej ustawy o informacjach niejawnych, czy jak ona się dokładnie nazywa. Minister Boni odpowiedział, że ma ona sporo obostrzeń, które bardzo mocno utrudniałyby stosowanie jej w ten sposób i, korzystając ze swojego miernika kompetencji, jestem jak najbardziej w stanie uwierzyć konstytucyjnemu ministrowi, że wie co mówi w takiej sprawie i że rzeczywiście byłoby to problematyczne.)&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Oczywiście moje wywody zakładają, że politycy oraz urzędnicy państwowi to nie są tylko i wyłącznie cyniczni i niekompetentni złodzieje pracujący w ramach dysfunkcyjnych instytucji i knujący całymi dniami jak mi zabrać więcej pieniędzy podatkami oraz więcej wolności nową legislacją. W myśleniu o państwie Polskim kieruję się dwoma zasadami:&lt;/p&gt;
&lt;ul&gt;
&lt;li&gt;Poza oczywistymi przypadkami działania konkretnych grup (kryminalnych) interesów wolę na początku domniemywać niekompetencję, a nie złą wolę. Nie jestem naiwny, nie sądzę, żeby ci ludzie byli święci i jestem przekonany, że część z nich mniej lub bardziej regularnie robi coś niezbyt legalnego, ale jednocześnie sądzę, że większość jest w miarę normalna i, jakkolwiek mogą istnieć partie praktycznie w całości &quot;złe&quot;/niekompetentne (Samoobrona anyone?), to obecnie rządząca zdecydowanie taką nie jest. W ogóle cały aparat państwowy wraz z parlamentem jest &lt;a href=&quot;http://blog.sliwerski.net/2010/07/25/sejm-cyrk-i-nieustajace-konflikty/&quot;&gt;najlepszym, jaki mieliśmy&lt;/a&gt; w długiej historii tego kraju, a w konsekwencji całe państwo osiągnęło bezprecedensowy historycznie poziom rozwoju i standardu życia obywateli. I jesteśmy jedynym z dużych państw wyplutych po rozpadzie ZSRR, które może coś takiego o sobie powiedzieć (Białoruś wiadomo, Rosja ma demokrację fasadową, a Ukrainie ostatnio nie idzie za dobrze jeśli chodzi o władze).&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Jednocześnie państwo jest &lt;i&gt;bardzo dużą&lt;/i&gt; organizacją o niemonolitycznym charakterze, gdzie poszczególne części będą, &lt;i&gt;by design&lt;/i&gt; ciągnąć w swoją stronę i to często całkiem mocno. Nawet te niewielkie doświadczenia z procesem legislacyjnym, jakie teraz mam, powodują, że choćby o rządzie nie potrafię myśleć jako o monolicie, tylko bardziej jako o kolekcji ministerstw, każdym o innych priorytetach, składzie osobowym, poziomie kompetencji oraz umiejętności komunikacyjnych. Czy są tam miejsca na usprawnienia? Oczywiście, ogromne -- np. Ministerstwo Gospodarki miało się w sierpniu odzywać odnośnie specyfikacji zamówienia bardzo bardzo potrzebnej platformy konsultacyjnej, ale gdzieś zaginęli w akcji, trza im będzie może maila posłać. Ale to co jest teraz nie jest wcale aż tak tragiczne. Mogłoby być i w wielu państwach jest &lt;b&gt;znacznie znacznie gorzej&lt;/b&gt;.&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;
&lt;p&gt;&lt;i&gt;P.S.&lt;br&gt;
Jeśli w komentarzach zejdzie na wątki głupio-polityczne (&quot;Tusk to kryminalista! A nie, bo Kaczyński!&quot;), to wytnę bez ostrzeżenia.&lt;/i&gt;&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Wed, 21 Sep 2011 02:02:18 +0200</pubDate><guid>http://mmazur.7thguard.net/2011/09/21/odnosnie-poprawki-senatora-rockiego/</guid><category>Zmienianie świata</category></item><item><title>Popkulturowa emigracja</title><link>http://mmazur.7thguard.net/2011/09/07/popkulturowa-emigracja/</link><description>&lt;p&gt;Polska to &lt;a href=&quot;http://pl.wikipedia.org/wiki/Lista_pa%C5%84stw_%C5%9Bwiata_wed%C5%82ug_wska%C5%BAnika_rozwoju_spo%C5%82ecznego#Kraje_bardzo_wysoko_rozwini.C4.99te&quot;&gt;bardzo wysoko rozwinięty&lt;/a&gt; kraj europejski będący dwudziestą gospodarką świata i siódmą Unii. Kraj, który powinno być stać na utrzymywanie własnej kultury.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Niestety, ze względu na ostatnie paręset lat historii, nie jest nas stać. Mamy tak z dwa-trzy razy mniejsze PKB, niż jako minimum powinno mieć państwo europejskie o naszych rozmiarach. I jest to odczuwalne.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Bo niby na kulturę popularną już nam starcza. Seriale kręcimy na potęgę. Z filmami też całkiem nieźle, w ostatnich latach tak średnio po trzydzieści premier rocznie, a i rynek książek niemały.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Ale żeby to się opłacało, to należy nie przeginać z budżetem i celować w to, co się najbardziej sprzeda. Czyli nudy, smęty i tępawe komedie romantyczne z amantem, który był papieżem, w roli głównej.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Nic dla mnie. Byłem, jestem i najprawdopodobniej będę skazany na kulturę anglojęzyczną. I ja to częściowo akceptuję -- no nie ma siły, żeby kogoś poza amerykanami było stać na nakręcenie Piratów z Karaibów. Ale gdybyśmy mieli to PKB z dwa razy wyższe, to może chociaż poziom House'a byłby już do uciągnięcia częściej, niż raz na dekadę. Ranczo pokazało, że da się u nas nakręcić dobry serial, tylko od jednego serialu nie zacznę nagle śledzić rodzimych produkcji, bo mi się szybko znudzą regularne rozczarowania.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Z książkami teoretycznie powinienem mieć mniejszy problem, ale jednak nie mam. Czy ja coś oglądam po polsku, czy po angielsku, to mi bez większej różnicy (no chyba, że mamroczą, albo z ciężkim akcentem gadają), ale na czytanie jestem bardziej wyczulony, bo o ile teksty techniczne łykam bez mrugnięcia okiem, to już beletrystyka ma tendencję do używania dużej ilości przymiotników przy opisywaniu scen, no i niby da się zrozumieć fabułę bez dowiedzenia się jak dokładnie wyglądał ten budynek albo w jakim odcieniu bordowego był tamten statek kosmiczny, ale odbiera to trochę frajdy z lektury.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Przy czym znowu nie mam za bardzo wyboru. Niezależnie czy chciałbym przeczytać jakąś nowość wydawniczą, czy w miarę popularny &quot;klasyk&quot;, na amazonie najprawdopodobniej jest dostępna wersja na Kindla i to w okolicach 30zł. W Polsce? Tylko papier. Przytłaczająca większość nowości nie wychodzi w wersji elektronicznej. &lt;i&gt;Żadne&lt;/i&gt; starsze książki nie są tak dostępne, pomijając bardzo niewielką część tych bardzo starych, które przeszły do domeny publicznej.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Z nowościami może sprawa się jakoś rozwiąże w ciągu najbliższych trzech-pięciu lat, gdy sensownej jakości czytniki książek pod znanymi markami (Samsung, LG, etc.) będą po prostu dostępne za rzeczywiście niewielkie pieniądze, a na dodatek penetracja tabletów/smartfonów będzie już naprawdę solidna. Wtedy też może część wydawców zabierze się za elektroniczne wydania popularnych autorów z ostatniego choćby półwiecza.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Kto wie, może już w 2020 jak popatrzę na listę książek polskich i zagranicznych wydanych od początku wieku, które wypada znać, to przynajmniej ¾ z tego będę mógł kupić w formie elektronicznej w polskich wydaniach.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;A może nie. Może niedługo zacznie nas na porządnie cisnąć demografia, już lekko uchylone wrota nigdy się do końca nie otworzą i przez resztę życia będę kulturowym emigrantem śmiejącym się co tydzień z problemów jakiegoś grubego, łysego nowojorczyka i obserwującego amerykańskich prawników prawnikujących wielkokorporacyjnie po amerykańsku. I tylko raz na rok mój wzrok spocznie na rodzimym podwórku, pobłądzi trochę bez celu, po czym z powrotem skieruje się w kierunku zachodnim.&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Wed, 07 Sep 2011 02:21:57 +0200</pubDate><guid>http://mmazur.7thguard.net/2011/09/07/popkulturowa-emigracja/</guid><category>Analogowe rozrywki</category><category>Życie</category></item><item><title>Kosmologia po linuksowemu</title><link>http://mmazur.7thguard.net/2011/09/02/kosmologia-po-linuksowemu/</link><description>&lt;p&gt;Jak chyba wszyscy tutaj lubię sobie czasem poczytać podsumowania bieżących teorii fizycznych &quot;tłumaczących&quot; nasz wszechświat. Z konieczności muszą to być opisy prozą i to niezbyt skomplikowaną, gdyż żebym był w stanie rzeczywiście &lt;i&gt;rozumieć&lt;/i&gt; te teorie, to najpierw potrzebowałbym opanować sporo skomplikowanej matematyki. A wolny czas wolałbym jednak poświęcić np. na nowy odcinek Louiego. Albo leczenie kanałowe bez znieczulenia.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Na szczęście istnieje droga na skróty! Już tłumaczę na czym polega.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jako informatyk wiem co nieco o tym, jak działają komputery, nie? A wszyscy wiedzą, że komputery to takie pudełka działające na prąd i matematykę. Z połączenia tych faktów wynika, że jestem kompetentnym (a) elektrykiem oraz (b) matematykiem, a to drugie z kolei pozwala mi z całkiem sporą dozą autorytetu wytłumaczyć laikom działanie naszego wszechświata. Co niniejszym uczynię.&lt;/p&gt;
&lt;h3&gt;Teoria wszystkiego&lt;/h3&gt;
&lt;p&gt;Od parudziesięciu lat fizycy próbują wykombinować ujednoliconą teorię wszystkiego tak, żeby nie musieć stosować osobnych zestawów wzorów do opisywania różnych fundamentalnych zjawisk. Ale właściwie co im te osobne wzory przeszkadzają?&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Odnoszę wrażenie, że powinni wziąć przykład z nas, informatyków i zastosować język formalny o wygodniejszej i szerszej składni. Praktycznie każdy znany mi język ma instrukcję &lt;code&gt;if&lt;/code&gt; i &lt;i&gt;wszystkie&lt;/i&gt; moje programy z niej obficie korzystają. Więc skoro mój kod może zawierać &lt;code&gt;if&lt;/code&gt;-y, to nie widzę powodów, dla których wszechświat nie może.&lt;/p&gt;
&lt;h3&gt;Rozdzielczość i wysokopoziomowe modele&lt;/h3&gt;
&lt;p&gt;Pisząc w pythonie jakiś skrypt jesteś świadom tego, że zostaje on zamieniony na ciąg bitów &quot;zrozumiałych&quot; dla procesora, co tak naprawdę oznacza, że efektem końcowym jest taka, a nie inna, sekwencja przepływania prądu przez procesor, pamięć i inne kawałki komputera. Więc czemu piszę program w pythonie? Bo jest to łatwiejsze niż w C, co z kolei jest łatwiejsze niż w assemblerze, co z kolei jest łatwiejsze niż bezpośrednio w kodzie binarnym, co jest już na granicy mocy przerobowych mojego mózgu. Gdybym chciał zejść niżej i próbował pisać program &quot;rozplanowywując&quot; przepływy prądu po procesorze, to fizycznie nie byłbym w stanie tego zrobić, bo mój gatunek nie posiada odpowiedniej inteligencji.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Co to nam mówi o naturze wszechświata? Że nasze modele są tylko narzędziami umożliwiającymi naszym ograniczonym mózgom zrobić coś przydatnego z otaczającym nas wszechświatem, ale ten wszechświat tak naprawdę ma &quot;w nosie&quot; nasze modele i nie działa w oparciu o nie. To co ja postrzegam jako działanie mojego programu jest tak naprawdę działaniem procesora, czyli, w uproszczeniu, elektronami latającymi po paru kawałkach krzemu zgodnie z naturą elektronów i krzemu. Analogicznie całość tego, co doznaję, jest po prostu wynikiem natury cząstek subatomowych z jakich składa się wszechświat i tego, jak się akurat w danym momencie pokonfigurowały (tzn. w galaktyki, planety i krzesło na którym siedzę). I cholera wie, czy kiedyś się dowiemy jaka właściwie jest rozdzielczość wszechświata, tzn. czy np. jest neutrino i już nic mniejszego. Pewnie nie, bo zawsze będzie można zbudować większy zderzacz *dronów.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Nawiasem mówiąc ciekawa jest symetria działania inżyniera i naukowca. Ja, korzystając z formalnego języka, wymyślam sobie jakiś model tego, co chciałbym, żeby się zdarzyło (monitor zaświecił na czerwono), po czym dzięki dostępnym mi narzędziom (monitor oraz komputer z oprogramowaniem) mój model jest zamieniony na pożądane zjawisko fizyczne (czerwone światło). Naukowiec z kolei patrzy na to jak zachodzą wokół niego zjawiska fizyczne (planety sobie po niebie fruwają), po czym próbuje zauważyć jakieś powtarzające się wzorce i z tego stworzyć model, który by mu się zmieścił w mózgu.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Oczywiście model jest dostosowany do ograniczeń mózgu naukowca. Dlatego też jakkolwiek biologia jest podzbiorem chemii (a medycyna biologii), to my musimy sobie to wszystko podzielić, bo nie bylibyśmy w stanie zrobić niczego przydatnego medycznie, gdybyśmy o tym myśleli na poziomie czysto chemicznym. Za głupi jesteśmy. Co innego, gdybyśmy jako gatunek mieli inteligencję o powiedzmy rząd wielkości większą -- wtedy pewnie podział nauk byłby zupełnie inny, a na pewno byłoby ich znacznie mniej.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;A gdyby nas odwiedził przedstawiciel jakiegoś drastycznie obcego gatunku, to mógłby w ogóle niczego z naszej nauki nie zrozumieć, bo jego mózg jako intuicyjnie powiązane flagowałby zupełnie inne zestawy zjawisk, niż my.&lt;/p&gt;
&lt;h3&gt;Emulacja&lt;/h3&gt;
&lt;p&gt;Parę akapitów wcześniej wspominałem, że mój mózg nie jest w stanie w żaden sensowny sposób zamodelować sobie w głowie całości przepływu prądu po procesorze. Jest to uniwersalne prawo fizyczne zwane odtąd &quot;prawem emulacji&quot; i brzmi mniej więcej tak -- emulator Amigi 500 da się odpalić na Pentium Xeon, ale nie vice versa. Albo -- nie da się odpalić maszyny wirtualnej wymagającej 2G ramu na komputerze z 1G.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Oczywiście da się coś pokombinować, wziąć podzbiór emulowanego systemu i zmniejszyć jego objętość/zasobożerność upraszczając go, to jest tworząc jakiś ogólniejszy model jego działania. Problemem takiego uproszczonego modelu będzie to, że zawsze będą istniały takie stany, których nie będzie obsługiwał poprawnie (tzn. tak jak pierwowzór), bo akurat obsługa tych stanów została wycięta w ramach upraszczania. (Jest to nawiasem mówiąc pięta achillesowa nauki w ogóle -- im coś się bardziej kwalifikuje jako corner case, tym mniej naukowiec będzie w stanie o tym coś sensownego powiedzieć.)&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Można z tego zrobić ciekawy eksperyment myślowy i zastanowić się, czy udałoby się stworzyć użyteczną emulację całej naszej planety wraz ze wszystkimi ludźmi. Ja twierdzę że tak, ale trza by przy okazji zaemulować przynajmniej nasz układ słoneczny, co z dodatkową funkcjonalnością (emulator musi mieć przynajmniej jakieś podstawowe funkcje do debugowania, żeby był używalny do modelowania) wymagałoby pewnie zaorania kawałka jakiejś nieużywanej galaktyki. No i oczywiście miałoby to ograniczoną funkcjonalność, bo nawet emulując cały układ słoneczny nie mamy dostępu do wszystkiego co do niego wpada z zewnątrz, to jest z reszty wszechświata i cały czas modyfikuje jego stan. Dałoby się to pewnie jakoś w uproszczeniu zmodelować, ale z definicji taki model nie byłby tak dokładny, jak oryginał. (I znowu wracamy do prawa emulacji, bo żeby w pełni zaemulować jakiś podzbiór naszego wszechświata potrzebowalibyśmy tak naprawdę zaemulować cały wszechświat, do czego niezbędny byłby jakiś większy wszechświat.)&lt;/p&gt;
&lt;h3&gt;Problem Użytkownika&lt;/h3&gt;
&lt;p&gt;&lt;img height=&quot;168&quot; width=&quot;240&quot; class=&quot;alignleft&quot; src=&quot;http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/3/37/Reboottitlecard.gif&quot;&gt; Jeśli procesor wraz z kilkoma podstawowymi komponentami to wszechświat, a to, co my &quot;odczuwamy&quot; jako wszechświat nazwiemy systemem operacyjnym (tzn. będą to zauważalne dla nas regularności w działaniu wszechświata; sami jesteśmy taką regularnością nawiasem mówiąc), to zastanówmy się w jakich warunkach moglibyśmy stwierdzić, czy poza naszym wszechświatem jest coś jeszcze. Tzn. czy np. jesteśmy w stanie zauważyć, że ktoś coś klepie w klawiaturę, albo znaleźć sterowniki do kamerki internetowej i po prostu popatrzeć &quot;na zewnątrz&quot;.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Rozważymy trzy scenariusze:&lt;/p&gt;
&lt;ul&gt;
&lt;li&gt;Nie ma żadnego &quot;na zewnątrz&quot;, nasz wszechświat to wszystko, co istnieje. Jeśli tak jest w rzeczywistości, to nigdy nie będziemy tego w stanie zweryfikować, ponieważ jest to przypadek nieodróżnialny z naszego punktu widzenia od przypadku następnego, czyli...&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Jest coś na zewnątrz, ale nasz wszechświat nie udostępnia możliwości sprawdzenia co to jest. Innymi słowy nikt nie podłączył kamerki internetowej. W takim wypadku jedyna szansa na stwierdzenie, że istnieje coś więcej zajdzie wtedy, gdy Użytkownik po drugiej stronie zacznie klepać w klawiaturę (albo dłubać w rejestrach przy pomocy debugera, zakładając Wszechmocnego Użytkownika), a my to akurat zauważymy. To oczywiście tylko w przypadku, że nasz wszechświat ma podłączoną klawiaturę/przewiduje możliwość debugowania z zewnątrz.&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Jest kamerka i w końcu znajdziemy API. No to wtedy nie powinno być wątpliwości co jest po drugiej stronie, jak wygląda i czy nosi portki jak siedzi przed kamerką.&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;
&lt;h3&gt;Koniec&lt;/h3&gt;
&lt;p&gt;No i to by było na tyle mojej teorii wszystkiego, acz jest to tylko wersja skrócona, gdyż całość materiału zarezerwowałem dla publikacji w czasopiśmie Nature. Jak tylko znajdę kogoś chętnego do napisania podręcznika do fizyki o nią opartego, to się nie omieszkam pochwalić. A póki co uczcie się fizyki i szukajcie tego cholernego webcama, bom ciekaw, czy Użytkownik portki nosi.&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Fri, 02 Sep 2011 01:24:52 +0200</pubDate><guid>http://mmazur.7thguard.net/2011/09/02/kosmologia-po-linuksowemu/</guid><category>Reality cracking</category><category>Różne IT</category><category>Techblog</category></item><item><title>Całkiem lubię swoje życie (niestety?)</title><link>http://mmazur.7thguard.net/2011/08/31/calkiem-lubie-swoje-zycie-niestety/</link><description>&lt;p&gt;&lt;i&gt;Tytuł alternatywny: zbyt mało mnie życie męczy, by je zmienić.&lt;/i&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Przeczytałem kiedyś mądrą sugestię, że jeśli chce się coś osiągnąć w danej dziedzinie, to praktycznie nie ma ucieczki przed zrobieniem z niej swojego zawodu. Jeśli ktoś nie ma zbyt wielu zobowiązań (bądź nie przywiązuje do nich zbyt wielkiej wagi), to może po prostu zresetować swoje życie i rzucić się od razu na głęboką wodę z postanowieniem, że albo mu się uda, albo pójdzie na dno. Kulturowo popularnym przykładem jest wyjazd do Hollywood i próba zostania aktorem. Potencjalne profity są ogromne. Większość próbujących kończy jak Titanic.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Bezpieczniejszym i powolniejszym, ale zapewne mniej pewnym (łatwiej się wycofać) sposobem jest stopniowe zbaczanie z dotychczasowej ścieżki, robione najpierw po godzinach, weekendami, w czasie wolnym, a dopiero gdy jest się w miarę pewnym, że nowa ścieżka działa, całkowite porzucenie starej.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Intrygujący plan, zwłaszcza dla kogoś, kto ma już zobowiązania i niezbyt może sobie pozwolić na spontaniczny reset sporego fragmentu życia. Niestety realizacja wymaga wiary w to, że nowa ścieżka jest ładniejsza, wygodniejsza, trawa wokół niej zieleńsza, a miejsca do których prowadzi bardziej satysfakcjonujące.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Taka wiara jest... powiedzmy, że zarezerwowana głównie dla ludzi o mocno (nadmiernie?) optymistycznym spojrzeniu na świat. Nie twierdzę oczywiście, że nie można mieć dobrych powodów, by robić co innego, niż się robi obecnie. Przykład - chyba &lt;a href=&quot;http://quiston.tpsa.com/blog/&quot;&gt;Alex&lt;/a&gt; mi kiedyś powiedział, że sporą przewagą pisarzy nad programistami jest to, że tekst piszesz, publikujesz, po czym dodajesz do listy rzeczy, które skończyłeś i nie musisz o nich więcej myśleć, a nad systemem informatycznym typowo siedzisz i po kilka lat. Acz w większości przypadków podejrzewałbym bardziej nieświadomość wad oraz nadmierne wyidealizowanie tego, czego tak naprawdę się nie zna.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Istnieją także ludzie, którzy najwyraźniej &lt;a href=&quot;http://minakowski.pl/dlaczego-nie-mam-dla-was-czasu/&quot;&gt;dokładnie wiedzą czego chcą&lt;/a&gt;, więc dojście do momentu, w którym mogą się tym zajmować &lt;a href=&quot;http://minakowski.pl/pilne-firma-dr-minakowski-publ-elektron-zatrudnila-dra-marka-minakowskiego-na-pelny-etat/&quot;&gt;na pełny etat&lt;/a&gt; jest oczywistą częścią szerszego planu.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Rozważałem wszystkie z wymienionych ścieżek. Nie zdecydowałbym się na żadną.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Motywacja i determinacja ala dr Minakowski są ogólnie dosyć rzadkie i zastanawianie się co by było, gdyby się było okablowanym jak dajmy na to Steve Jobs mija się z celem.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Nagły skok na głęboką wodę odpada -- mam żonę, zobowiązania, a poza tym lubię swój standard życia. Dodatkowo mam świadomość tego, że pieniędzmi można w łatwy sposób znikać pewne potencjalne problemy życiowe. Przykład absurdalny przez swoją archaiczność -- jeśli nie chcemy z żoną, by któreś z nas musiało z zajmowania się domem zrobić zawód, to nie będziemy hodować i rosnąć jedzenia, tylko je kupimy wstępnie przetworzone w sklepie, pranie zrobi za nas pralka automatyczna, a do sprzątania wykorzystamy odkurzacz, a nie miotłę. A z przykładów bardziej na czasie -- problem zmywania naczyń rozwiązuje kupienie zmywarki, regularne odkurzanie staje się prostsze dzięki &lt;a href=&quot;https://plus.google.com/111356194047765583508/posts/EemuspbkpCZ&quot;&gt;automatycznemu odkurzaczowi&lt;/a&gt;, a na niedobory czasowe spowodowane długimi dojazdami do pracy pomagają posiadanie (droższego) mieszkania w bliższej centrum i/lub dobrze skomunikowanej dzielnicy oraz zdalna praca.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Bardzo doceniam sposób w jaki osiągnięcia naszej cywilizacji ułatwiają mi życie i mam zamiar unikać sytuacji, w których ryzykowałbym, że przestanie mnie być na nie stać.&lt;small&gt;&lt;sup&gt;1&lt;/sup&gt;&lt;/small&gt; Na dodatek za główny fundament mojego obecnego życia uważam związek, a nie pracę/zainteresowania, więc moja motywacja do wprowadzania zmian w tych drugich, zwłaszcza kosztem stabilności pierwszego, jest mocno ograniczona.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;small&gt;&lt;sup&gt;1&lt;/sup&gt; Nie mylić z bezrefleksyjnym konsumpcjonizmem. Posiadanie samochodu ułatwia życie. Wcale nie musi to być Mercedes.&lt;/small&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Zostaje zatem podejście stopniowe, gdzie krok po kroku, po godzinach, można próbować czegoś nowego. I o tym niestety dopiero w następnym odcinku, bo autorowi coś urwało od weny i od tygodnia nie może dokończyć tekstu, więc może jak opublikuje pierwszą część, to mu się za jakiś czas zachce zabrać za resztę.&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Wed, 31 Aug 2011 22:00:28 +0200</pubDate><guid>http://mmazur.7thguard.net/2011/08/31/calkiem-lubie-swoje-zycie-niestety/</guid><category>Praca</category><category>Życie</category></item><item><title>Czego zazdroszczę Nealowi</title><link>http://mmazur.7thguard.net/2011/07/30/czego-zazdroszcze-nealowi/</link><description>&lt;p&gt;Lubię się czasami rzucić na jakiś zupełnie nowy temat. Podniecenie trwa raz krócej, raz dłużej, może nawet tydzień, dwa. Czytam i czytam, wszystko jest nowe, wszystko jest ciekawe, tyle rzeczy, o których niczego wcześniej nie wiedziałem.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Aż zapał się wyczerpuje. Przychodzi refleksja. Zdobyłem tyle nowej wiedzy! Ale cóż z tego, skoro udało mi się tylko polizać czubek góry lodowej. Istnieje taki ogrom tematów, z których nigdy nie będę sobie zdawał sprawy.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;A nawet te, o których już coś wiem, ba, o których udało mi się zdobyć wiedzę całkiem niezłej jakości -- czy kiedykolwiek będę w stanie tę wiedzę do czegoś wykorzystać?&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Nie. Nie będę. Tak brzmi najbardziej realistyczna odpowiedź.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Ostatnio przeczytałem ciągiem kilka wywiadów z Nealem Stephensonem. W jednym z nich powiedział on, że posiada konkretny, ustabilizowany plan dnia, pozwalający mu codziennie poświęcić kilka najbardziej produktywnych godzin na pisanie kolejnej książki. A jeśli z jakiegoś powodu przez dłuższy czas coś mu ten plan dniowy regularnie psuje i nie może przez to wyprodukować nowego rozdziału, to zaczyna popadać w depresję.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Mam wrażenie, że go rozumiem. Oto udało mu się skanalizować swoje zamiłowanie do wiedzy w konkretny, dający wymierne rezultaty sposób. Czegokolwiek nie przeczyta, jakiegokolwiek tematu nie zgłębi, jest to potencjalnie nowy materiał na kolejną powieść. I kilka, może kilkanaście miesięcy później, całe to jego czytanie, dyskusje i przemyślenia otrzymują konkretną, fizyczną formę -- nowowydaną książkę.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Zazdroszczę mu tego. Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych lat też uda mi się ustawić sobie w ten sposób życie.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Niestety, nie jest to zbyt duża nadzieja.&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Sat, 30 Jul 2011 23:18:00 +0200</pubDate><guid>http://mmazur.7thguard.net/2011/07/30/czego-zazdroszcze-nealowi/</guid><category>Życie</category></item><item><title>O szukaniu ciekawych ludzi</title><link>http://mmazur.7thguard.net/2011/07/18/o-szukaniu-ciekawych-ludzi/</link><description>&lt;p&gt;Sposób działania tradycyjnych gazet: zebrać ludzi, którzy znają się na pisaniu, po czym kazać im pisać o wszystkim, w większości o rzeczach, na których się nie znają. Dodatkowo nałożyć na nich obowiązek produkowania określonych ilości tekstu w regularnych odstępach czasu.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Rezultat jest taki, że z dostępnych na polskim rynku periodyków żaden nie przekracza u mnie poziomu 25% &quot;przeczytawalności&quot;, więc żadnego nie kupuję. Pojedyncze wyjątki to globalny &quot;The Economist&quot; spokojnie dochodzący do 70-80% zależnie od numeru oraz agorowe &quot;Książki&quot;, acz tutaj żona mi zasugerowała, żebym się nadmiernie nie ekscytował, bo to dopiero pierwszy numer był i czy magazyn poziom utrzyma, to się dopiero okaże.&lt;/p&gt;
&lt;h3&gt;Dlaczego nie mainstream&lt;/h3&gt;
&lt;p&gt;Blogi według mnie mają gigantyczny potencjał informacyjny, ale w praktyce pozostaje on w znacznej mierze niezrealizowany. O ile koszt śledzenia nowych źródeł informacji jest dla mnie żaden, wystarczy, że sobie kogoś dorzucę do czytnika RSS-ów, to wyszukiwanie ludzi, których chciałbym czytać, jest naprawdę sporym problemem.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Ktoś mógłby zauważyć, że w różnych przedziałach tematycznych istnieje zawsze po kilka popularnych blogów, które wypadałoby czytać. Niestety, nie jest to takie proste:&lt;/p&gt;
&lt;ul&gt;
&lt;li&gt;Popularne blogi z samej swojej natury cierpią na tę samą przypadłość, co prasa papierowa -- konieczność regularnego dostarczania treści. Nie ważne, czy jesteś felietonistą &quot;Polityki&quot;, czy blogerem, im częściej musisz pisać, tym mniej interesujące i bardziej odtwórcze będzie to, co piszesz. Aż dochodzisz do momentu, w którym głównie raportujesz i komentujesz &quot;bieżące wydarzenia&quot;.&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Korzystając z najpopularniejszych źródeł informacji masz wrażenie, że jesteś cały czas na bieżąco, ale w rzeczywistości jesteś po prostu tak samo niedoinformowany, jak reszta tobie podobnych. Im bliżej uda ci się dotrzeć do rzeczywistych źródeł nowej wiedzy, tym lepiej ją posiądziesz. Lepiej przeczytać raport na dany temat, niż tylko dziennikarskie podsumowanie. A jeśli podrążysz bardziej i uzyskasz dostęp do autorów raportu, to będziesz wiedział co będzie w jego następnej wersji jeszcze zanim powstanie pierwszy szkic.&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;
&lt;p&gt;
&lt;h3&gt;Kwestia docierania&lt;/h3&gt;
&lt;p&gt;Jeśli jesteś gazetą, to twoimi priorytetami jest regularne tworzenie i publikowanie tekstów oraz promocja tytułu. Analogicznie ma (wannabe) popularny bloger. Albo powiedzmy autor książki -- skoro poświęciłeś tyle czasu na jej spłodzenie i opublikowanie, to twoim zakichanym &lt;i&gt;obowiązkiem&lt;/i&gt; jest wykombinowanie jak dotrzeć z nią do ludzi, którym mogłaby się ona spodobać i którzy mogliby z niej wynieść coś pozytywnego.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Ale co jeśli jesteś jakimś tam człowieczkiem bez większych ambicji &quot;literackich&quot;, masz swoje specyficzne i dosyć niszowe zainteresowania i w spokoju klepiesz sobie kilkanaście, w porywach do kilkudziesięciu tekstów rocznie dla swoich kilkudziesięciu, no, może nawet stu kilkudziesięciu regularnych czytelników? (A i tak jesteś zadowolony może z połowy tego, co opublikujesz.) Czy masz w ogóle pomysł w jaki sposób ułatwić odpowiednim ludziom znalezienie twojego bloga? Czy chce ci się poświęcać na to czas? A nawet jeśli, to czy nie odczuwasz zażenowania na myśl o &quot;promowaniu swojego bloga&quot;, bo ta fraza kojarzy ci się z zastępami blogerów, którzy blogują o pisaniu blogów, promowaniu blogów i zarabianiu na blogach?&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Ano właśnie. Na świecie jest pełno ludzi takich jak ty. I jeszcze więcej potencjalnych czytelników, którzy chętnie by te twoje nieregularne przemyślenia czytali, ale nie mają praktycznie żadnej szansy dowiedzieć się o twoim istnieniu.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;I drażni mnie ten stan rzeczy niemiłosiernie. Ja nie chcę czytać &quot;popularnych&quot; źródeł. Próbowałem, ale są one zbyt miałkie i za bardzo mnie nudzą. Za idealną alternatywę uważam subskrybowanie setki ludzi, z których każdy interesuje się czymś innym i publikuje raz na miesiąc jakiś dłuższy tekst o tym, co mu ostatnio chodziło po głowie. Ale kompletowanie listy tych ludzi idzie mi jak krew z nosa.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Od paru już lat pisząc tego bloga piszę go tak naprawdę do samego siebie, tylko trochę młodszego. Tzn. staram się spisywać rzeczy nad którymi zastanawiam się od jakiegoś czasu i pewnie ucieszyłbym się, gdybym o nich przeczytał pół roku temu, bo by mi to oszczędziło ostatnie pół roku zastanawiania się. ;) Oczywiście raz wychodzi mi lepiej, raz gorzej, a często, tak jak w niniejszej notce, przedstawiony &quot;problem&quot; pozostaje nadal nierozwiązany&lt;sup&gt;1&lt;/sup&gt;, ale poniżej pewnego poziomu staram się nigdy nie schodzić, np. jeśli odnoszę się do jakiegoś &quot;bieżącego wydarzenia&quot;, to tylko jako część szerszych rozważań, a nigdy jako prosty, &quot;dziennikarski&quot;, komentarz.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;No i, cholera, świat jest duży, ludzi na nim sporo, więc cały czas żyję nadzieją, że w końcu dotrę do tekstów kogoś podobnego do mnie, tylko starszego. I mam zamiar tak długo szukać, aż znajdę.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;small&gt;&lt;sup&gt;1&lt;/sup&gt; A czasami rozwiązanie okazuje się czaić zaraz za rogiem. Na przykład cel z &lt;a href=&quot;http://mmazur.7thguard.net/2011/01/20/plan-zmieniania-swiata-wersja-robocza-1/&quot;&gt;tej notki&lt;/a&gt; osiągnąłem 9,5 roku przed czasem i patrząc wstecz okazało się to zaskakująco proste. Acz szerszej o tym następnym razem.&lt;/small&gt;&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Mon, 18 Jul 2011 02:27:37 +0200</pubDate><guid>http://mmazur.7thguard.net/2011/07/18/o-szukaniu-ciekawych-ludzi/</guid><category>Blogizm</category><category>Zmienianie świata</category><category>Życie</category></item><item><title>In Darkness Light</title><link>http://mmazur.7thguard.net/2011/06/15/in-darkness-light/</link><description>&lt;p&gt;Dłuższy czas temu, po raz nie wiadomo który, próbowałem (z całkiem pozytywnym rezultatem!) wymyślić zadowalające rozwiązanie dylematu Dualistycznej Natury Książek&lt;sup&gt;1&lt;/sup&gt;. Został mi z tego stos notatek, które wykorzystam następnym razem, gdy będę miał ochotę na naklepanie &lt;a href=&quot;http://mmazur.7thguard.net/2011/03/31/cyfrowe-problemy-pierwszego-swiata/&quot;&gt;bardzo długiego tekstu o niezbyt wartkiej akcji&lt;/a&gt;, ale póki co przedstawię tylko jedną obserwację poprzedzoną krótkim (jak na mnie) wstępem.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;small&gt;&lt;sup&gt;1&lt;/sup&gt; Wiecie -- z jednej strony książki fajnie wyglądają na półce (natura dekoracyjna), ale z drugiej służą do czytania (natura rozrywkowa), co jest najwygodniejsze przy użyciu przenośnych urządzeń elektronicznych. Ten rozdźwięk niesamowicie psuje wizyty w Empiku.&lt;/small&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Zacznę może od katalizatora, czyli mojej żony, której preferencje literackie są bardzo odmienne od moich. Ja od wielu już lat z beletrystyki czytam (prawie) wyłącznie fantastykę, natomiast jej książki są, erm, jakieś takie... no... &quot;literaturowate&quot;&lt;sup&gt;2&lt;/sup&gt;. I przez dłuższy czas żyliśmy w pokoju, każdy w swoim silosie, ale Magda jednak czyta ode mnie więcej, więc, zapewne częściowo z braku jeszcze nieprzeczytanych literek, zaczęła zaglądać i na moje półki. No i na chwilę obecną udało jej się przegryźć przez całkiem pokaźny zbiór książek&lt;sup&gt;3&lt;/sup&gt; &quot;moich&quot; autorów.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;small&gt;&lt;sup&gt;2&lt;/sup&gt;Naprawdę nie mam pomysłu co wspólnego mają ze sobą dzieła np. Edgara Kereta, Majgul Axelsson i Jamesa Joyce'a. (A przeczytanie dla przyjemności &quot;Ulissesa&quot;, który stoi przecież u nas na półce, jest dla mnie dosyć abstrakcyjnym pomysłem. :)&lt;/small&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;small&gt;&lt;sup&gt;3&lt;/sup&gt;Części nawet ja nie czytałem. &quot;Wrońca&quot; bym w ogóle nie miał, gdyby nie żona. Analogicznie ostatnie Gaimany.&lt;/small&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Cóż było robić, nie będę przecież gorszy. Popatrzyłem, pomyślałem i padło na &quot;Madame&quot; Libery. Wybór okazał się trafny i książka, jako że dobrą książką jest, odniosła na mnie zamierzony efekt -- po jej skończeniu zacząłem odczuwać dojmującą tęsknotę za (przeidealizowanymi i nigdy tak naprawdę nie istniejącymi) czasami, gdy intelektualiści byli prawdziwymi twardzielami i każdy miał spamiętane minimum pół encyklopedii i dwa atlasy. Eh, cóż to były za czasy...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Ale wracając do tematu. Książka fajna? Fajna. Przeczytałbym jeszcze coś tego autora (albo w tej stylistyce)? Niewykluczone. A kupiłbym? Nie. A czemu?&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;I to sobie uświadomiłem dopiero rozmawiając z Magdą na temat książek, które niby przeczytaliśmy oboje, a jednak każde mocno inaczej. Ja jak trafiam na za długi opis, albo inne nudy typu sny bohaterów (nie cierpię), to po prostu przeskakuję kilka akapitów. Magda niekoniecznie. Albo -- ja zaczynam ziewać od samego patrzenia na &quot;Cierpienia młodego Wertera&quot;, a Magda nie mogłaby tego czytać przed snem, bo tylko by ją obudziło.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;I takie przykłady mógłbym mnożyć, ale to tylko szczegóły. Tak naprawdę najważniejsze jest to, czego nie dzielimy i dzielić nie będziemy -- sci-fi i fantasy to &lt;i&gt;moja&lt;/i&gt; estetyka, a nie jej.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Bo widzicie, ja nadal pamiętam moment, gdy dotarło do mnie jak dużą bitwę Bilbo po prostu (niezamierzenie) przespał. Albo gdy, w podstawówce jeszcze będąc, przeczytawszy z zafascynowaniem &quot;Silmarillion&quot; zdałem sobie sprawę, że wielki straszny Balrog, który ubił Gandalfa, za czasów Morgotha był na standardowym wyposażeniu armii (ciemności :) i ówczesne elfickie wojsko jakoś sobie z tym faktem radziło, a nie wiało w popłochu, jak banda małych dziewczynek a'la niedojda Aragorn i jego wesoła kompania&lt;sup&gt;4&lt;/sup&gt;.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;small&gt;&lt;sup&gt;4&lt;/sup&gt;Acz trzeba przyznać, że nie dziwota, że im się cała eskapada ledwo udała, skoro &lt;a href=&quot;http://groups.google.com/group/pl.rec.humor.najlepsze/browse_thread/thread/5bd9ddba98fcee26/10887c2b4cd53688#10887c2b4cd53688&quot;&gt;Saruman najprawdopodobniej był Bene Gesserit&lt;/a&gt;. A z tymi wiedźmami nie ma żartów!&lt;/small&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Białe gwiazdy atakujące statki Cieni, rodzące się i ginące galaktyki, Muad'Dib dosiadający Szej-Huluda, oślepiające promienie przy Wrotach Tannhausera, niewyobrażalna perspektywa Boga Imperatora, ten potwór Ender szukający przez całe millenia nowego domu dla królowej kopca... mógłbym tak długo wymieniać.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;To są te obrazy, które mi siedzą w głowie, gdy czytam fantastykę. I właśnie dla nich czytam fantastykę. Furda tam Picasso -- jak się w końcu zabiorę za remont, to nad moim biurkiem zawiśnie &lt;a href=&quot;http://sirgerg.deviantart.com/art/In-Darkness-Light-28105256&quot;&gt;In Darkness Light&lt;/a&gt; Grega Martina. Albo cokolwiek innego &lt;i&gt;w tej estetyce&lt;/i&gt;.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;I to jest coś, co się albo ma, albo nie. A jeśli nie, to połowa uroku takiego BSG znika bezpowrotnie, wersje rozszerzone LOTR-a mogą służyć za narzędzie tortur, a pierwsze sekwencje &quot;Ghost in the Shell&quot; (filmu) to tylko jakiś mocno udziwniony fan service.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Ale my przecież wiemy, że tak nie jest, nie? :)&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;i&gt;P.S.&lt;br&gt;
Jakiś czas temu w którymś odcinku bodajże Stargate Atlantis widziałem ujęcie ze stacji kosmicznej położonej pomiędzy dwoma galaktykami i moją pierwszą reakcją było wyobrażenie sobie banana na twarzy człowieka, któremu ktoś zapłacił, żeby to zaanimować. :)&lt;/i&gt;&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Wed, 15 Jun 2011 03:23:59 +0200</pubDate><guid>http://mmazur.7thguard.net/2011/06/15/in-darkness-light/</guid><category>Analogowe rozrywki</category><category>Reality cracking</category></item></channel></rss>
